Nic nie muszę, wszystko mogę. 8 likes. Stronka jak stronka ;p Zapraszam do lajkowania, to tylko parę sekund ;).
Nie ma nic - Golec uOrkiestra zobacz tekst, tłumaczenie piosenki, obejrzyj teledysk. Na odsłonie znajdują się słowa utworu - Nie ma nic.
Read about Agata Dziarmagowska - Mogę Wszystko, Nic Nie Muszę (Mono & DJ Ad!k Bootleg) 2015 by Www.Party-Sound.Pl and see the artwork, lyrics and similar artists.
– Nie – udało mi się z gardła wydobyć kolejne słowo. – Staruszkowie mieszkają na Kabatach, ja wolałam tutaj… Ludka jest chora, muszę do apteki – próbowałam tłumaczyć, ale Lolek patrzył na mnie, nic nie rozumiejąc. No tak, przecież on nawet nie wiedział, że mam córkę. Rozstaliśmy się tak dawno…
Listen to Mogę wszystko, nic nie muszę MP3 Song by DZIARMA from the Polish movie W drodze na wakacje free online on Gaana. Download Mogę wszystko, nic nie muszę song and listen Mogę wszystko, nic nie muszę MP3 song offline.
Nie wiem, kim jestem sam, nie wiem, kim mogę być, nie wiem nic. Źródło: Głosy; Nigdy nie jest za późno wykrzyczeć do życia, że ciągle widać mnie! Źródło: Ty i ja i wszystko, co mamy; Noc, a nocą, gdy nie śpię Wychodzę, choć nie chcę spojrzeć na Chemiczny świat, pachnący szarością Z papieru miłością, gdzie ty i ja
podkład melodyjny do piosenki możesz wszystko tabb - Tekściory.pl – sprawdź tekst, tłumaczenie twojej ulubionej piosenki, obejrzyj teledysk.
„Nie muszę” to bardzo osobisty utwór, w którym opowiadam o swojej codzienności i o konflikcie pomiędzy tym, co naprawdę czuję a tym, co „muszę” i co „powinnam”. W całym tym chaosie odnajduję jednak miejsce, w którym wreszcie mogę być sobą i to jest prawdziwym przekazem tego utworu - mówi Julia Wieniawa.
Droga CANDLE, wiele przeszłaś z tego co piszesz, a niestety nic nie pozostaje bez echa. Nie znaczy to jednak, że Twoje lęki nie miną. Wszystko kiedyś mija i staje się tylko wspomnieniem. Spróbuj może poszukać lepszego psychologa. Wiem, że łatwo się mówi ale ja też miałam ciężką nerwicę lękową i już prawie wyszłam na prostą.
"Ask me a question I'll tell you all I know You ask for my advice And then you take a different road You traveled oh so far Left everyone who cared far behind Left us all behind How could I have ever saved"
XOyq. numer podkładu: 7003 Agata Dziarmagowska OpisW 2012 roku AGATA DZIARMAGOWSKA wzięła udział w programie 'Mam talent', a następnie w 2014 r. zaprezentowała się w 'X Factor'. Jury było zachwycone. - W końcu przychodzi dziewczyna, która ma błysk w oku, uśmiech na twarzy od samego wejścia i śpiewa utwór, który do niej pasuje. Śpiewasz tutaj najlepiej! Masz taki głos, że możesz stanąć w szranki z największymi - zachwalała Tatiana Okupnik. Przygoda z programem zakończyła się dla Dziarmagowskiej na etapie domów jurorskich. Dzięki temu jednak, gdy inni przygotowywali się do występów podczas odcinków na żywo, ona nagrywała swoją pierwszą piosenkę. Dlatego też wiele osób nazywa Dziarmagowską największą wygraną ostatniej edycji. Tak wiele sukcesów w młodym wieku sprawia, że Agata może 'poszczycić się' sporą rzeszą tak zwanych hejterów. - Ludzie, którzy uważają mnie za arogancką, rozpuszczoną małolatę przeżywają lekki szok, widząc, jak idę z mamusią za rączkę (śmiech) - powiedziała Agata w rozmowie z wzbudziła zainteresowanie szwedzkiego producenta - Marka Tyspera, który oczarowany jej charyzmatycznym sposobem śpiewania i rapowania, zaproponował współpracę. Za sprawą wytwórni Warner Music artystka zaczyna podbój nie tylko naszego kraju, ale i świata. Podpisany kontrakt zakłada promocję jej debiutanckiej płyty w Polsce i krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Oto podkład MIDI i audio/mp3 do piosenki mającej swoją premierę 15 maja w Radiu Eska - MOGĘ WSZYSTKO, NIC NIE MUSZĘ. Polecamy! Fragment tekstu:MOGĘ WSZYSTKO, NIC NIE MUSZĘ - Agata Dziarmagowska (Muz.: Christoffer Lauridsen, Emanuel Abrahamsson, Minnah Karlsson, Mark Tysper, sł.: Janusz Onufrowicz) Tonacja D-dur Znakiem zapytania jestem, przyszłość mnie odkrywa jeszcze tak, jak ty, tak, jak my. Nie oceniaj mnie pochopnie, widzisz to, co powierzchowne, nie znasz mnie, siebie też. Mogę mieć rogatą duszę, mogę wszystko, nic nie muszę! Pragnę żyć z całych sił. Chcę spróbować każdy smak, całe życie jest...
Dzisiaj post odpowiedź na konkretną prośbę. Nawet nie myślałam że to dość powszechny problem, ale pytania o brak stapiania zaczęły się powtarzać, ostatnio nawet trzykrotnie. Pomijając kwestie kolorystyczne, zwykle chodzi Wam o to, że podkład nie daje efektu drugiej skóry, ale tworzy swoistą powłoczkę. Od tego już niedaleko do warzenia się, ścierania, migrowania i tworzenia plam Dlaczego podkład może nie stapiać się ze skórą? Chyba dobrze jest to wytłumaczyć na przykładzie nosa, z którego podkład łatwo zetrzeć. Właśnie na nosie, często znajduje się warstewka suchego, gładkiego i ściągniętego naskórka. Być może parę z Was kojarzy taką skórę- często błyszczącą ale właśnie suchą, na której podkład osiada, ale niesamowicie łatwo znika do dosłownie nie ma się czego złapać. Z resztą twarzy jest podobnie ale też trochę inaczej. Podkład np. w policzki nie będzie wtapiał się ze względu na taką samą warstwę suchego naskórka, która stanowi swego rodzaju barierę, na której podkład osiada. Lepiej radzą sobie z tym podkłady nawilżające, które mogą ją lekko zmiękczyć, ale wiele innych typów będzie na niej po prostu osiadać. To jak najbardziej normalne. Jednak właśnie wtedy obserwujemy specyficzny efekt, swoistą 'maskę' która tworzy się na powierzchni skóry w formie 'skorupki'. Podkład nie musi być kryjący ani grubo nałożony aby taką stworzyć, wystarczy sucha lub przesuszona miejscami skóra mieszana. Jeśli skóra jest ściągnięta, szorstka, ale w strefie T lubi się przetłuszczać, podkład nie tylko nie wtopi się, ale może migrować, warzyć się i skupiać w obrębie najbardziej wysuszonych placków skóry tworząc plamy. Właśnie suchej i mieszanej skóry ten problem dotyczy najczęściej. Często policzków, dla mnie takim rejonem było jest jednak dość proste i mamy tutaj parę opcji. Pomoże pielęgnacja i najpierw zdecydowanie musimy zająć się skórą a potem poszukiwaniami idealnego podkładu lub powrotem do ulubionego:). Ponieważ winny jest suchy naskórek, łatwo zrobić eksperyment, który pokaże nam, czy problem faktycznie leży po stronie pielęgnacji: Wykonujemy lekki peeling mechaniczny- może to być masaż z użyciem kremu nawilżającego i ściereczki muślinowej, może być krem z dodatkiem soli lub nawilżający peeling sklepowy. Osobiście polecam Nuxe, Exfoliant Doux Aromatique aux 3 Roses albo ten (klik). Jeśli mamy w domu korund możemy go użyć mieszając z kremem:). Jeśli nasz problem nie jest duży a skóra delikatna, peeling mechaniczny możemy pominąć i zamiast niego oczyścić skórę np białą glinką. Potem przechodzimy do delikatnego peelingu enzymatycznego. Polecam Ziaję (klik) oraz Tołpę (klik). Nakładamy je na około 10 minut. Nakładamy nawilżającą maseczkę- chodzi o to aby maksymalnie nawilżyć i zmiękczyć skórę, dlatego odtwarzamy troszkę system weekendowego domowego spa;). Maseczka oczywiście musi być maseczką nawilżającą, Jeśli nie mamy nic dużego to najlepiej będzie wypróbować tą (klik). Znów Zmywamy, przemywamy skórę tonikiem octowym (przepis) aby przywrócić właściwe pH (szczególnie jeśli wcześniej myłyśmy twarz mydłem) bo to też może mieć znaczenie. Nakładamy nawilżający krem i czekamy chwilę. Na tym etapie powinno udać się nam pozbycie przynajmniej części suchego naskórka i jeśli skóra jest odpowiednio nawilżona, zmiękczona, podkład powinien rozkładać się na niej zupełnie inaczej. Jeśli ten zabieg pomógł tylko w pewnym stopniu, a nawet zmiany w pielęgnacji dają tylko połowiczny efekt, przydatna może okazać się mikrodemabrazja. W codziennej pielęgnacji musimy skupić się na mocniejszym nawilżaniu skóry. Dziewczyny ze skórą mieszaną często zbyt mocno wysuszają ją w trakcie mycia, więc tutaj warto pomyśleć nad czymś delikatniejszym. Nawet jeśli nasza skóra mocno przetłuszcza się w strefie T, suche partie powinnyśmy traktować kremami które troszkę je nawilżą i zmiękczą suche skórki. Jeśli nasze eksperymentalne złuszczanie przyniosło rezultaty, możemy skupiać się na podtrzymaniu ich wykorzystując ten sam sposób co jakiś czas. Co jeszcze może pomóc? Metoda aplikacji- wypróbujcie gąbeczki np Real Techniqies zmoczonej np tonikiem jeśli Wasza skóra wymaga większego nawilżenia. Zmiana typu podkładu- pisałyście: 'próbowałam już tylu podkładów'. Ale może wiele z nich było do siebie bardzo podobnych. Być może bardziej nawilżająca formuła + matujący puder lepiej się sprawdzi. Dlaczego podkład się warzy? Warzenie się podkładu zależy od właściwości skóry, produktu oraz ewentualnie kremu jaki pod niego nakładamy. Tutaj winne jest sebum jakie produkuje nasza skóra oraz to, jak zareaguje na jego pojawienie się podkład. To właśnie za jego prawą podkłady migrują, podkreślając pory lub osadzają się na plackach suchej skóry tworząc plamy. Dlatego skuteczne okazują się chusteczki matujące, które pochłaniają nadmiar sebum, tylko minimalnie ściągając podkład. Niestety nie ma jednej zasady, która pomogła rozpoznać podkład który będzie się warzył już po składzie. często bowiem to mieszanki silikonów, wosków, olejków, emolientów, polimerów i emulgatorów. Warto za to szukać substancji matujących czyli np krzemionki (Silica). Rozwiązaniem mogą być też podkłady, które lekko podsychają zmieniając trochę formułę. Będą to np: Make-Up Atelier, Waterproof Liquid Make Up, MAC, Pro Longwear Foundation , L’Oreal Paris, Infallible 24h - Matte Foundation. Wpływ kremu jaki nakładamy pod, na warzenie się podkładu również może być różny. Największe znaczenie ma nadal to, czy nasza skóra z czasem wyprodukuje dużo sebum i jak połączy się ono z kremem a następnie z podkładem. Teoretycznie mogłybyśmy powiedzieć że dobrze jest unikać olejków w składzie, ale nie jest to regułą. Skóra na pewno nie powinna być przesuszona, bo wtedy skłaniamy są do natłuszczenia się, czyli produkcji sebum właśnie. Bardzo pomocne mogą okazać się też pudry matujące, które w jakimś stopniu na bieżąco będą utrzymywać podkład w miejscu:). Mam nadzieję że ta notka jakoś dopowiedziała na Wasze pytania i pytanie anonimka, które wczoraj pozwoliłam sobie pominąć:) Spotkałyście się kiedyś z podobnymi problemami? Jak jest u Was? Co pomogło? Piszcie a ja zabieram się za film o konturowaniu, tym razem z koleżanką! Buziaki Ala
Budzę się w niedzielny poranek z przerażeniem i całą listą zadań, które MUSZĘ dziś zrobić, bo inaczej… No właśnie co? Przypomniały mi się stare (niedobre) czasy, kiedy takie poranki były zdecydowanie częstsze. Co się zmieniło? Zaczęłam trochę mniej od siebie wymagać i przestałam stawiać przed sobą cele nierealne do osiągnięcia. Jednak nadal w moim słowniku występują bardzo często słowa: MUSZĘ i POWINNAM. Bardzo mocno wierzę w słowa i wiem, że mają niesamowity wpływ na nasze życie. Zwłaszcza te, które wypowiadamy sami do siebie. Dlatego od całkiem niedawna zaczęłam zwracać uwagę na wszystkie „muszę”, „powinnam” i zastępować je słowem „mogę”. Bo mogę, ale na pewno nie muszę. I właśnie o tym jest ten wpis. Przez ostatni tydzień robiłam mały eksperyment. Na sobie. Chciałam sprawdzić, jak często mówię, że muszę albo powinnam coś zrobić. Zaraz potem gdy złapałam się na mówieniu „muszę”, pytałam samą siebie, czy aby na pewno muszę to coś zrobić. I czy mogłabym zastąpić słowo „muszę” innym słowem, np. chcę, mogę. Przerażające było to, że ja właściwie mówię tak do siebie cały czas! Muszę zrobić pranie, muszę wstać, muszę napić się wody, muszę iść do pracy, muszę zjeść, muszę napisać artykuł na bloga, muszę, muszę, muszę… Wygląda na to, że moje życie to jakieś więzienie, w którym wszystko co robię jest z musu i nie ma tu żadnej wolności, pomimo, że jest to jedna z ważniejszych wartości, które cenię… Co za paradoks! Uwielbiam czuć się wolna, a sama narzucam sobie ograniczenia, które tej niezależności mnie pozbawiają! Czym dla mnie jest wolność? Nie wiem, czy uda mi się wytłumaczyć jak ja odczuwam wolność, ale spróbuję. I tak, chodzi mi o odczuwanie wolności a nie jej zrozumienie 🙂 Wolność to dla mnie wolny wybór, poczucie niezależności i decydowania o sobie samej. Myślę, że dlatego tak bardzo kocham rower (a wcześniej namiętnie biegałam), bo mogę pojechać gdziekolwiek chcę i jestem zdana na siebie, na siłę własnych mięśni. No i ten wiatr we włosach 🙂 Uderzające w tym małym eksperymencie było to, jak często wyznaczam sobie rzeczy do zrobienia i zapominam, że MOGĘ je robić, że wcale nie muszę. Nikt nie stoi nade mną z kijem, rozliczając z każdego zadania z listy. Nikt, oprócz mnie samej. Nie, nie zrezygnuję z listy zadań 🙂 Lubię je i uważam, że są mi potrzebne. Przez lata sprawdzały się świetnie i pomagały mi realizować moje plany i marzenia. Jedyne to, co chcę zmienić to moje podejście. Od jakiegoś czasu moje listy zadań noszą tytuły: „Mogę, nie muszę”, zamiast: „Do zrobienia” 🙂 Wszystko po to, bym nie zapomniała, że mogę robić te wszystkie rzeczy i chcę je realizować, ale wcale nie muszę tego robić. To mój wybór. Mogę pisać bloga, mogę pisać książki, mogę chodzić do pracy. Mogę robić to, co lubię 🙂 To jest wybór i to jest wolność! A czy Wy zwracacie uwagę jak do siebie mówicie? Bardziej musicie? Czy możecie? 🙂
TRANSKRYPCJA: Ilekroć słyszę, że mogę wszystko tylekroć gdzieś z tyłu głowy zapala mi się czerwona lampka wątpliwości: „Really? Mogę wszystko?” „Naprawdę mogę osiągnąć wszystko o czymkolwiek bym nie pomyślał? No to zróbmy eksperyment: chciałbym zostać światowej sławy baletmistrzem. Takim, którego zwiewny taniec porywa tłumy, zapiera dech w piersiach i dla widzów jest przeżyciem mistycznym! Obiecuję, że będę długo i wytrwale ćwiczył. Kupię sobie baletki i jedwabny trykot. Wezmę prywatne lekcje u najlepszych, będę studiował aerodynamikę baletowych ruchów i teorię rytmiki… Włożę w to olbrzymi i konsekwentny wysiłek… I co? Jak myślisz? Uda mi się?. Odpowiedź wydaje się oczywista – otóż nie uda mi się zostać światowej sławy baletmistrzem nie tylko dlatego, że osobiście nie znoszę tańczyć. Również nie dlatego, że brakuje mi predyspozycji psychicznych i fizycznych do tego, by to zamierzenie zrealizować. Przyczyną dla której szanse na zrealizowanie tego zamierzenia są bliskie zeru jest głównie to, że nie wszystkim wszystko się może udać. Jeśli nie wierzysz – sięgnij do statystyk. Otóż nie wszyscy zostają milionerami, gwiazdorami kina, czy miss świata. Komuś i owszem to się może udać i są tacy, którym się to udaje. Jednak wraz z pojawiającym się w przestrzeni szczęśliwcem musi siłą rzeczy pojawić się cała masa tych, którym się nie udaje. Zwycięzca jest zwycięzcą między innymi dlatego, że wokół niego jest cała masa przegranych. Spróbuję wytłumaczyć ten mechanizm posługując się prostym przykładem. Otóż kiedy jeszcze bylem dziennikarzem, jedne z moich nauczycieli, przedstawiciel starej dziennikarskiej i już nieistniejącej szkoły opowiadał mi o pewnej hiszpańskojęzycznej gazecie, która w całej swojej historii nie zorganizowała na swoich łamach ani jednego konkursu dla czytelników. Kiedy zapytano redaktora naczelnego, z czego wynika taka a nie inna redakcyjna polityka odparł, że każdy konkurs tak naprawdę przynosi więcej złego niż dobrego. Otóż, kiedy w prasowym konkursie ogłoszonym w gazecie czytanej przez sto tysięcy czytelników można wygrać ekspres do kawy, to w finale tegoż konkursu otrzymujemy jednego zadowolonego obdarowanego ekspresem czytelnika i dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu rozczarowanych. Każdy zwycięzca generuje przegranych. Na tym polega życie. A to z kolei oznacza, że nie wszyscy mogą wszystko. I owszem wszyscy mają potencjał osiągnięcia wszystkiego, lecz nie wszystkim będzie dane z tego potencjału skorzystać. Ale przyjrzyjmy się innemu implementowanemu nam przekonaniu – mówi ono, że jeśli stworzymy biznes z odpowiednią wizją, talentem, samozaparciem i konsekwencją to osiągnięcie sukcesu prędzej czy później tak czy siak nastąpi. Że stosując odpowiednie techniki zarządzania, kompletując kompetentny zespół w efekcie otrzyma się nagrodę pod postacią świetnych wyników. Jednak – na co zwraca uwagę Kahneman – „porównywanie spółek lepiej i gorzej sobie radzących to w znacznej mierze porównywanie spółek, którym się bardziej lub mniej poszczęściło.” Istnieje bowiem czynnik ślepego trafu, odpowiednio skonfigurowanych szans i okazji oraz przepotężna siła zbiegu okoliczności, które wszystkie razem są tak samo decydujące, jak talent, umiejętności i wizjonerski pomysł. Jednym się udaje innym nie. Jedni osiągają „wszystko”, a drudzy niestety nie. Ale jest jeszcze jeden czynnik, który stawia pod znakiem zapytania prawdziwość obietnicy, karzącej nam wierzyć w to że osiągniemy cokolwiek sobie wymarzymy. Otóż istnieje jeszcze pozycja startowa. Stan zastany. Poziom, czy miejsce w życiu i świecie z którego do tego obiecanego „możesz wszystko” startujemy. Nie wszyscy mamy dokładnie taki sam układ szans i możliwości na początku drogi. I sięgnę tutaj wyłącznie do jednego przykładu – otóż miałem okazję kiedyś pobyć przez chwilę w szpitalnym oddziale onkologii dziecięcej. I powiem ci jedno – kiedy widzisz kilkuletniego dzieciaka z ogoloną głową, który po dializie jest tak słaby, że nie jest w stanie samodzielnie wdrapać się na inwalidzki wózek to ostatnią rzeczą, która przyjdzie ci do głowy jest przekonanie, że wszyscy w życiu mogą wszystko! Bo dzielą nas nie tylko talent i predyspozycje, nie tylko życiowe szczęście i otwierające się przez nami okazje, ale też właśnie możliwości. Życie nie jest sprawiedliwe – możliwości nie są równe, nigdy nie były i nigdy też nie będą. Co zatem zrobić? Co począć z tak fatalnym, jak by się mogło wydawać założeniem. Otóż najgorsze co możesz zrobić to nie robienie niczego. To poddanie się jakże bezpiecznemu dla naszego ego wytłumaczeniu, że przecież nie ma po co się starać, bo i tak śmietankę życiowego tortu zgarnie jeden zwycięzca otoczony potężnym wianuszkiem przegranych. Wówczas popełniasz dokładnie taki sam błąd, jak wtedy kiedy wierzysz tym wszystkim scenicznym motywatorom przekonującym że możesz osiągnąć sukces w balecie. Tyle, że teraz ten błąd jest w drugą stronę. Z jednej skrajności wpadasz w drugą. Z ekscytującego napompowania motywacji sukcesu wpadasz w usypiającą apatyczną stagnację, karmioną nieustannym przekonującym wytłumaczeniem, że i tak nic się nie może udać. I wielu ludzi idzie tą drogą. I czynią w ten sposób sobie taką samą krzywdę, jaką czynią sobie mamiąc się mrzonkami o nieskończonych możliwościach, wizją bogactwa, sławy, popularności i innych iluzji. Rezygnują z robienia czegokolwiek, przez co sami sobą podtrzymują istnienie tego dualnego oszukańczego systemu, na którego jednym biegunie jest obietnica zwycięstwa, a na drugim gorycz przegranej. Każde ekstremum jest zawsze złe. Niezależnie od tego z której jego strony stoisz, po której się opowiadasz i w jaki ekstremizm wierzysz. Bo życie, nasze życie tak naprawdę w 99% przebiega pośrodku. Pomiędzy tymi dwoma skrajnościami. A pośrodku istnieje pewien rodzaj kompromisu, który zawieramy z naszym własnym życiem. W tym kompromisie nie wierzymy ani w to, że możemy wszystko, ani też w to, że nie możemy nic. Nie mamimy swego mózgu obietnicami wziętymi z kosmosu, których spełnienie graniczy z cudem, ale też nie poddajemy się nurzając w wegetatywnym nicnierobieniu. Nie wierzymy krzykaczom obiecującym świecidełka, ale też nie wierzymy tym z naszych znajomych, którzy, chcąc usprawiedliwić własną niemoc, nas również do takiej niemocy usiłują przekonać. Bo statystycznie niskie prawdopodobieństwo zarobienia milionów nie oznacza wcale, że nie możesz zarabiać więcej niż teraz. Nikła szansa na to, że zwiążesz się z miss czy misterem świata nie oznacza, że nie możesz znaleźć świetnego, kochającego partnera, z którym spędzisz satysfakcjonujące, pełne przyjaźni i wsparcia życie. To, że raczej nie zostaniesz astronautą podbijającym przestrzeń kosmiczną w poszukiwaniu nowych planet i kosmitów, nie oznacza, że nie możesz w życiu wykonywać satysfakcjonującej pracy, którą po prostu lubisz. Bo wbrew pozorom, możemy naprawdę wiele, a mówiąc precyzyjnie: zazwyczaj możemy dokładnie tyle ile jest nam potrzebne by znacznie polepszyć swój los. Bo ile tak naprawdę potrzebujesz samochodów? Siedem, dwadzieścia, a może pięćdziesiąt? A ile mieszkań i willi z basenem? Na pewno trzy czy pięć? Masz może zdolność bilokacji, by móc w jednym czasie korzystać w tych wszystkich aut i apartamentów? A ile potrzebujesz jedzenia? Na pewno codziennie rano musisz jeść jajecznicę z truflami, a co wieczór homara? Wbrew pozorom to nie my potrzebujemy tych wszystkich rzeczy, a wyłącznie nasze ego. My tak naprawdę do spełnionego życia nie potrzebujemy aż tak wiele jak nam się wmawia. Oczywiście w posiadaniu nie ma niczego złego – rozumny milioner tworzy miejsca pracy i sprawia, że iluś ludzi żyje dzięki jego sprytowi, szczęściu i pracy. Jednak ten sam milioner zarabiający wyłącznie dla samego zarabiania jedynie trwoni swój potencjał. Nie ma w tym wówczas niczego dobrego. Podobnie jak niczego dobrego nie ma w biedzie. Bycie biednym nie jest godne naszego człowieczeństwa, naszych potrzeb oraz możliwości niesienia pomocy innym. Pamiętasz co mówiłem o skrajnościach – są po prostu złe, niezależnie od tego po której ze stron się sami lokujemy. I tak samo złe i nieproduktywne jest postrzeganie świata jedynie za pomocą tych skrajności. Kiedy dasz sobie wmówić że możesz wszystko i niestety jak większość, tego wszystkiego jednak nie osiągniesz, to będziesz się czuł zawiedziony, oszukany i potraktowany niesprawiedliwie przez życie. Kiedy zaś uznasz, że nie możesz niczego, bo cokolwiek byś nie zrobił to i tak nie polepszysz swego losu, bo jak mówi Franklin właśnie dołączyłeś do tych, którzy umierają w wieku dwudziestu pięciu lat ale czekają z pochówkiem aż do siedemdziesiątki. Kiedy dawniej pracowałem z ludźmi chcącymi zrzucić kilogramy nigdy im nie tworzyłem wizji pięknej wysportowanej sylwetki, czy wyglądu misss uniwersum. Mówiłem jedynie, że już kilka kilogramów mniej zazwyczaj wystarcza by się lepiej poczuć. Ale by te kilka kilo można było zrzucić, trzeba zacząć od zrzucenia stu gram. Zaś żeby to było możliwe trzeba przestawić w swojej własnej głowie sposób myślenia i widzenia siebie w świecie. Zamiast więc myśleć kim możesz, czy kim nie będziesz w stanie stać się za dziesięć lat, pomyśl co możesz zrobić właśnie teraz? Jaka zmiana jest w twoim zasięgu w ciągu dzisiejszego dnia. Tu i teraz. Właśnie w tej chwili. Kiedy się nad tym głębiej zastanowić okaże się, że zawsze coś można zmienić. I zazwyczaj ta mała zmiana nie wymaga od nas jakiegoś niebotycznego wysiłku. Żeby przenieść górę trzeba nie lada siły, ale usunięcie z drogi przed nami jednego przeszkadzającego nam kamienia, czasem wymaga dużo mniej siły niż można byłoby się spodziewać. I od razu wygodniej się idzie. Znam ludzi, którzy w ten sposób, kamyk po kamieniu dokonywali istotnych zmian w sowim życiu. Udawało im się nie dlatego, że wierzyli iż mogą wszystko ale dlatego że podejmowali próby zrobienia czegokolwiek. W efekcie nie otrzymywali sławy, bogactwa czy innych precjozów. Jednak sprawiali, że zaczynało im się po prostu lepiej żyć. A czyż już samo to nie jest warte zachodu? Ja tymczasem rozważę jeszcze raz swoje zainteresowanie baletem! Pozdrawiam